wtorek, 25 sierpnia 2026

Koniec świata


Dziś miałam jeden z tych mocno symbolicznych snów, idealnie nadających się do interpretacji w duchu psychologii głębii.

Całość zaczęła się od tego, że pojechałam tramwajem w pewne miejsce wraz z towarzyszącymi mi osobami. Jednak na miejscu w środku miasta zauważyliśmy plaże wyglądające idyllicznie, z białym piaskiem i turkusową wodą. Postanowiliśmy się tam wykąpać, ale coś odciągnęło naszą uwagę i usiedliśmy przy stole razem z paroma innymi osobami, które okazały się być rdzennymi amerykanami. Toczyliśmy rozmowy, aż moi dotychczasowi towarzysze stwierdzili, że idą na plażę. Ja również chciałam iść, ale nie mogłam znaleźć w mojej przepastnej torebce części kostiumu kąpielowego, na tyle długo, że zostałam sama z nowo poznanymi ludźmi.

W końcu odnalazłam zgubę, ale wtedy temat zszedł na inne rejony i zgodziłam się ruszyć na spacer z jednym z mężczyzn. Spacerowaliśmy i rozmawialiśmy, kiedy się zorientowałam, że stoimy zaraz obok dużego stawu ze sztucznymi wysokimi brzegami. Wyglądał jak zielone niezachęcające bagno pełne ropuch. Widok ropuch mnie cieszył, ale woda mnie zniechęcała, więc próbowałam odejść, podczas gdy mężczyzna zaczął się przechylać nad krawędzią, zaglądając. Również chciałam zajrzeć, ale zsunęłam się po stromym zboczu. Nagle przypomniałam sobie, że potrafię latać, więc zamiast dalej się szarpać, po prostu zaczęłam krążyć nad stawo-bagnem, w którym już pływał mężczyzna. Zauważyłam w nim dwa żółwie, jeden żółtolicy, a drugi wyglądający jak miks błotnego z żółtolicym. Stwierdziłam, że nie powinno ich tu być, że są obcym inwazyjnym gatunkiem, po czym wyleciałam ze stawu.

---

Wtedy podeszła do mnie starsza indianka, nie pamiętam, co jej powiedziałam jako ciekawostkę, ale w reakcji stwierdziła, że muszę z nią pójść, bo chce mi coś pokazać.
Zaprowadziła mnie polną drogą na pięknie utrzymany teren, gdzie stał duży budynek wydający się być miksem wiejskiej świetlicy i teatru ze sceną i rzędami siedzeń. Środek był niemal całkowicie wypełniony indianami, a na scenie występowały dzieci na przemian z grupami dorosłych i opowiadały/śpiewały swoją historię, tak jakby miała zaraz przeminąć.

Starsza kobieta powiedziała, że teraz muszę z nią dalej pójść. Zaczęłyśmy odwiedzać inne podobne do tej placówki, ale dużo mniejsze, puste. Na scenach leżały różne zioła oraz konstrukcje z patyków i liści, wiedziałam, że były ofiarami dla duchów ich przodków i duchów przyrody. Kobieta zbierała je do dużego worka, ponieważ ich czas już minął. Scena po scenie pozostawały puste, aż w ostatnim budynku, żeby zmieścić ostatnie obiekty rytualne do worka, musiała z niego wypakować całą masę starych waliz i kufrów podróżnych.

Wróciłyśmy do dużego budynku, gdzie przedstawienia dobiegały końca. Teraz wszystkie dzieci i młodzież ustawiły się w szeregu w przejściu pod ścianą i miały obchodzić salę z zaśpiewami i recytacjami. Chciałam do nich dołączyć, ale zostałam poinformowana, że nie mogę, więc usiadłam z powrotem na moim miejscu w drugim rzędzie. Obserwowałam, jak ta grupa wyszła z budynku, żeby tam kontynuować to, co zaczęły w środku.

Wtedy na środek wyszedł stary mężczyzna i zaczął mówić, że za dwadzieścia lat to wszystko się skończy. Podeszłam do niego i zapytałam, czy mógłby powiedzieć, jak się skończy, ponieważ zgodnie z moimi snami powinnam umrzeć za dwadzieścia lat. Odparł, że będą kataklizmy, powodzie, trzęśienia ziemi, nieurodzaj, susze etc. Mówił to lekko, uśmiechał się, ale nie z radości, po prostu wyglądał, jakby to było coś spodziewanego.

---

Po tym wyszłam z budynku i zaraz przed nim dostrzegłam, że stały tam dwie piękne rzeźbione z zielonego kamienia ogromne płyty upamiętniające jakąś historię. Chciałam wyciągnąć telefon i je sfotografować, ale przypomniało mi się, że stara kobieta mówiła, że do upadku w dużej mierze doprowadziła ludzka fascynacja technologią, więc uznałam, że fotografowanie byłoby nie na miejscu. Odeszłam krętą białą ścieżką prowadzącą do piaszczystej drogi przez piękny trawnik. Kiedy tylko znalazłam się na drodze, zaczęłam biec.

Biegłam coraz szybciej i nie czułam normalnego ruchu ludzkiego ciała, miałam cztery łapy, na których sadziłam długie susy. Wbiegłam do miasta i tam po jakimś czasie trafiłam na ślepą uliczkę, gdzie stała dwójka dzieci. Poprosiłam je, żeby mi wskazały drogę wyjścia. Zaprowadziły mnie na skraj urwanego chodnika, gdzie około 20 metrów niżej była reszta miasta i mój przystanek tramwajowy, na który próbowałam wrócić. Dostrzegłam, że między mną a tym przystankiem jest nie tylko przepaść, ale i dwa wielkie betonowe mury. Zamierzałam skoczyć i dostrzegłam, że dzieci zasłaniają oczy dłońmi, ponieważ bały się, że ten skok mnie zabije. Uśmiechnęłam się i uspokoiłam je, wyjaśniając, że nic mi nie będzie i jeśli chcą, mogą obserwować mój lot. Po czym się wybiłam i przeleciałam nad dwoma murami i kiedy już miałam lądować na przystanku, obudziłam się.

 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz